Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Wszystkie nieaktualne i niepotrzebne wątki

Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Śr lut 19, 2014 11:29

Myślę, że nie każdy pułk cesarsko - królewski, a już na pewno nie w Polsce może się pochwalić taką pozycją książkową i to wydaną jeszcze w czasach Wielkiej Wojny. Dlatego postanowiłem - w wolnych chwilach - przepisywać kolejne fragmenty książki i zamieszczać je tutaj. Na chwałę 13 Regimentu!
Prosiłbym o powstrzymanie się od komentarzy w tym wątku, niech kolejne wpisy tworzą całość dzieła. Jeżeli będzie potrzeba dyskusji proszę o założenie oddzielnego tematu. Nie przynudzam dłużej i oddaję "głos" Emilowi Kwaśnemu ...
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Postprzez » Śr lut 19, 2014 11:29

 

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Śr lut 19, 2014 11:35

F1.JPG



EMIL KWAŚNY

„KRAKOWSKIE DZIECI” (TRZYNASTY PUŁK) NA POLU CHWAŁY

1914 – 1915


KRAKÓW 1917 - NAKŁADEM AUTORA
DRUK EUG. I D-RA KAZIM. KOZIAŃSKICH W KRAKOWIE

-----------------------------------
Za pozwoleniem wojennej kwatery prasowej.
-----------------------------------

Tyś stał wśród gradu kul ponury i dumny –
jak ongi … na polach krwawych Ostrołęki,
bo wróg Twego ducha nie zakuł do trumny …
Bóg da Ci zwycięstwo za narodu męki …




-----------------------------------
Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Śr lut 19, 2014 11:36

PRZEDMOWA.

Praca moja, poświęcona bohaterom Trzynastego Pułku Piechoty, zwanego popularnie „Krakowskimi dziećmi”, pułku, który tak chlubnie odznaczył się w światowej wojnie 1914 – 1915, nie zawiera w sobie fantastycznych opowiadań, osnutych na tle bitew i potyczek, ani też nie jest utworem literackim, ale sumiennie i uczciwie spisanym szeregiem faktów. Książka moja powstała na podstawie źródeł rękopiśmiennych naocznych świadków i uczestników tych gigantycznych zapasów, którzy brali czynny udział w bitwach, obserwowali przebieg walki i notowali na polu bitew systematycznie i skrzętnie, dzień po dniu, bohaterskie czyny tego Pułku.
Dowody męstwa i brawury wojennej, dokonane pod Kraśnikiem, Lublinem, Trzcianką, Gołaczowem, Hrymkowem i t. d., nie tylko każą podziwiać poświęcenie i zapał tych mężnych żołnierzy, ale nakładają obowiązek dziejopisarski na autora, żeby krocząc za Pułkiem, zbierał każdą grudkę ziemi polskiej, która nasiąkła krwią bohaterów i podnosił ze żniwa chwały każdy uroniony kłos, przedstawiając sławne czyny „Krakowskich dzieci” w postaci jak najbardziej zbliżonej do rzeczywistości.
Oby społeczeństwo uczyło się kochać tych dzielnych synów ziemi krakowskiej, czcić ich rany i krew tak hojnie przelaną, a przyszłe pokolenie kroczyło szlakiem ich męstwa i chwały!
Ten posiew polskiej krwi i serce, bijące pod austryackim mundurem każe nam patrzeć przez dymy i kurz krwi bratniej, przez pożary i zgliszcza, z otuchą w przyszłość.
Nie wątpię, że późniejsze relacye fachowych krytyków nie tylko przedstawione przeze mnie czyny pułku w zupełności potwierdzą, ale ukażą je w jaśniejszym jeszcze blasku bohaterstwa. Najlepszy zaś sąd o mojej pracy wydadzą ci, którzy w opisanych bitwach, forsownych marszach i tym całym nadludzkim znoju wojennym udział brali i przelewali tam swą polską krew ofiarną. Bo dla nich przedewszystkiem oraz ku nieśmiertelnej chwale i czci świętej pamięci Poległych książkę tę pisałem.

Autor.
Mor. Ostrawa, wrzesień 1916.
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Cz lut 20, 2014 10:04

„KRAKOWSKIE DZIECI” W KOSZARACH

Już była późna jesień. Rosa perliła się na zwiędłych ziołach i trawach. Dokuczliwe, wilgotne zimno pokrzywiło chude krowiny w kabłąk, co leniwo wlokły się po roli, tu i ówdzie skubiąc porosłe zboże. Szczyty wyniosłych świerków obsiadły czarne i jak kruki błyszczące cietrzewie – nieruchome, jakby zadumane w porannej modlitwie. Naraz zbudził je i spłoszył chrapliwy śpiew, powtarzany echem po lesie. Śpiew i wesołe i – ha! Napełniły cały las, który, jak urwisze z za węgłów chaty, wydrzeźniał się śpiewającej drużynie. Na zakręcie drogi wyłoniła się z lasu gromada młodych parobczaków, z kuferkami na plecach.
Rekruci! Któż ich nie widział? Kto nie oglądał tych zuchowatych chłopaków? Kto nie zna poziomkowych wyłogów Krakowskich dzieci? Któraż Marysia czy Kasia nie „asenterowała” ich ponownie przy kościele Panny Maryi lub w Sukiennicach w Krakowie. Trzynastka miała u płci pięknej stałe powodzenie, bo miłe też to były i sprytne łobuzy.
Rekruci! to jeszcze surowy, ale junacki materyał samego Krakowa i okolicy. Jesienią ciągnęli jak żurawie sznurem z okolicznych wiosek Księstwa Krakowskiego do punktu zbornego, do koszar w Krakowie.
Trzynastka sypie się z okolicznych wiosek … rośnie … maszeruje wesoło bitym traktem od Liszek, jakby chciała najspieszniej powitać mogiłę nieśmiertelnego Naczelnika w sukmanie i zawołać: Patrz Kościuszko na nas z nieba!
Snują się dzieci Krakowskiego Księstwa, płyną szeroką wstęgą, jak te srebrne fale Wisły. Z radością spoglądają na galary, które Wisła niesie z rodzinnych wiosek … hen, daleko do Warszawy …

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kres tej wędrówce położyły bramy koszar Arcyks. Rudolfa i pieśń:
„Otwierajcie wrota! wieziemy rekruta!” …
W obszernym podworcu powitał ich „duch święty”, pułkownik Trzynastaków.
Zmierzył ich oczami od stóp do głów. Na marsowej twarzy zaigrał uśmiech zadowolenia.
- Tęgi materyał … zuchy … - myślał, spoglądając z ukosa na „Zawiślanów” we flanelowych kurtkach z perłowymi guzikami.
Przy przeglądzie intalligencyi i „Krasiatych” ze Zwierzyńca, Grzegórzek i innych przedmiejskich gmin Krakowa, którzy się licznie wyróżniali w szeregach, „duch święty” sposępniał, stanął zadumany.
- Będzie roboty dosyć, nim z tych „akademików” zrobię żołnierzy – mruczał z pod białego wąsa – ale za to, jak się kilka kader tych łobuzów dobrze wyćwiczy, to z nimi bramy piekielne będzie można atakować. Znam ich doskonale … Nie żałuje się trudu dla takiego żołnierza … Zajdzie kiedyś potrzeba obrony granic państwa, to będą tkwili jak słupy żelazne w ziemię wkopane …
Przegląd wypadł zadawalniająco. Pułkownik polecił oficerom i podoficerom przeprowadzić wcielenie nowozaciężnych do poszczególnych batalionów, udzieliwszy przytem różnych rad i poruczeń.
Na komendę podoficerów zawrzało jak w kotle między rekrutami. Podnieśli swoje kuferki z ziemi, ruszyli oddziałami do poszczególnych ubikacyj i za kilka minut wchłonęły ich mury olbrzymich koszar.
Klamka zapadła … Niejeden jeszcze z nich myślał o domu, o swojej pięknej wiosce, o wolności, która przepadła jak kamień w wodzie.
Tęsknotę rozprószył głos plutonowego:
- Hejże smyki! pochować myśli o Kaśce do brotsacków – tu niema czasu na to. Dużo wody w Wiśle upłynie, nim się z takich cywilów coś wyrobi. Dotychczas tkwiły chłopy morowe w tych mundurach, co je za chwilę dostaniecie! … Trzynastka wodzi w całym korpusie prym … i tak się mi macie trzymać! honor pułku ponad wszystko! A niechby tylko który co przeskrobał – to mu zaraz „duch święty” dopomoże!
Lecz „duch święty” – pułkownik Łyczkowski – nawiedził ich wcześniej, niż się tego spodziewali. Był to wyjątkowy oficer w armii. Już jako porucznik nie należał do rzędu ludzi, którzy obowiązki swe lekko traktują. Rozumny, oszczędny, biorący nadzwyczaj seryo swoje powołanie, całego siebie oddawał pracy nad żołnierzami. Całe jego jestestwo jakby przeszło na wskróś żołnierskim hartem i żelazną, nieugiętą wolą.
Opinia odludka i bez reszty oddanego służbie oficera doszła przed laty do uszu komendanta korpusu krakowskiego, ks. Windischrätza ,który objawił chęć poznania kapitana Łyczkowskiego podczas wielkich ćwiczeń nad Sanem. Krótka rozmowa oraz wyborne przeprowadzenie ćwiczeń wojennych batalionem, zjednały mu zupełne uznanie i symatyę księcia.
Niebawem kap. Łyczkowski awansował na majora. W randze tej imponował dalej swą pracą, doświadczeniem w zakresie sztuki wojennej, a równocześnie budził u kolegów coraz to większe zainteresowanie. Niejednokrotnie podziwiali oni jego nadzwyczajny trud i pracę, kiedy się starał żołnierzy zaprawiać do prawdziwej wojny, biwakowania, życia na łonie natury, kopania rowów strzelniczych, pomocniczej służby sanitarnej, dowozu naboi do linii ogniowej, ścisłego ćwiczenia i raportowania patroli wywiadowczych – pozostawiając stosunkowo mało czasu na parady i koszarowy dryl.
Bali się go jak ognia oficerowie i podoficerowie, bo "duch święty" wpadał na kontrolę
niespodziewanie jak jastrząb, a znalazłszy nieporządki w magazynach i koszarach bywał nieubłagany. Pilnował też nieraz kotła i równomiernych porcyj mięsa. Biada dyżurnemu podoficerowi, jeżeli podoficerskie porcye były zbyt wielkie, a żołnierskie składały się z zebranych żył i kości...
Kiedy spostrzegł że się przy menaży żołnierzom dzieje krzywda - rozglądał się za dyżurnym podoficerem i zwykle rozpoczynał następujący dyalog:
- Plutonowy! - chodź tu synu. Plutonowy dostaje trzy razy większy żołd od zwykłego szeregowca - czy tak?
- Dostaję - melduję posłusznie, panie pułkowniku.
- Plutonowy odebrał wczoraj 5 złr. z domu?
- Odebrałem - melduję posłusznie.
- A czy plutonowy wie, że szeregowiec Kolbiarz za grosz, oszczędzony z żołdu, pochował matkę wdowę - a dziś widzę jego mięso o połowę mniejsze od porcyi plutonowego?
- Opowiadano mi - panie pułkowniku.
- Czy na to dano gwiazdki podoficerowi, żeby paradował po ulicy, i przepijał żołd z dziewczętami - a potem z kotła wykradał?
- Nie - panie pułkowniku.
- A więc po co nosi plutonowy tyle gwiazd na kołnierzu?
Plutonowy milczy.
- Nie wiesz? - zapytał pułkownik.
- Otóż ja ci zdradzę tajemnicę regulaminu służbowego : Po to, żebyś tych, co nie mogą, zastępował w dozorowaniu sumiennem, żeby się krzywda żołnierzom nie działa, bo nie każdy ma wsparcie z domu, a to przykra rzecz, gdy głód dokucza.
- Czy plutonowy dopełnił tego obowiązku?
- Nie, panie pułkowniku! To się mi tylko dzisiaj tak źle ukroiło - nie miałem oka.
- A to inna sprawa - odparł pułkownik - to jakiś defekt ma plutonowy w oku. Zaraz tę wadę usuniemy - nie trzeba lekarza pułkowego. - Feldwebel!
- Panie pułkowniku, melduję się na rozkaz - recytował wyprostowany feldwebel.
- Plutonowy ma kataraktę na oczach, czy kurzą ślepotę i dlatego przydziela sobie regularnie większą porcyę mięsa. Żeby ten dla kompanii szkodliwy defekt usunąć, przygotuje feldwebel seperatkę w cinzlu dla plutonowego. Co trzeci dzień ciemnica - i to przez dwadzieścia jeden dni. Może na razie wystarczy ta kuracya, żeby się oko plutonowego przy dzieleniu mięsa na korzyść plutonowego nie myliło. Rechts um! Marsch!
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Śr mar 05, 2014 12:18

Z OPOWIADAŃ ŻOŁNIERZY.

Żołnierze mawiali o zacnym pułkowniku:
- Choć naleje sadła za skórę, ale jest sprawiedliwy – o pułk dba, jak o swoje dzieci – a to na wojnie grunt, mój kochany. On na wojnie nie szukałby wygodnej kwatery, nie ruszyłby się na krok od swego pułku, tylkoby siedział jak szczur w rowie przy żołnierzach, a jak orzeł patrzyłby na ruchy i zamiary nieprzyjaciela. Jemu wszystko jedno, czy to oficer albo szeregowiec. Jak kto coś przeskrobie, to nie ma wykrętów, ani ratunku.
- A pamiętasz ty te ćwiczenia nocne, co „duch święty” prowadził koło Wieliczki?
- Pamiętam – ale cóż tam takiego zaszło?
- Nie wiesz? a gdzieżeś wtenczas był?
- „Duch święty” przeznaczył mię za „łapiducha”.
- Cha… cha… to cię wystrychnął. On tylko „ufermy” do takiej funkcyi wybierał.
- Niema się o co sprzeczać – rozkaz jest święty, bez względu na to – co każą – marsz i kwita!
- A no juści, masz racyę, bo jakby wszyscy zaczęli się o honorowe posterunki spierać, toby wojnę raz dwa dyabli wzięli.
- Ponieważeś nie był przy kompanii, to ci opowiem. Było tak: Jednej pochmurnej nocy „duch święty” pozaglądał do wszystkich kątów w koszarach. Ponaciągaliśmy koce na łby i udawaliśmy, że śpimy. Pułkownik przeszedł cichutko po salach, kapralowi dyżurnemu nakazał milczenie i znikł. Ledwośmy zasnęli – a tu hałas taki w koszarach jak w piekle. Kaprale gonią jak opętani i wrzeszczą:
- Alarm! alarm!
Człek ci wydziera z pod ciepłej deki, klnie pod nosem na czem świat stoi – łapie za manlicher i swoje „kleinigkeity” i do pola.
Na dziedzińcu koszarowym zbierają się w szybkim tempie kompania za kompanią. „Duch święty” stał już na dziedzińcu i obserwował bystro gromadzące się zastępy pułku. Koniec końcem oprócz kapitana wyszliśmy cało z tej nocnej zbiórki.
- A cóż – kapitan „odwalił”?
- Kapitan nie odwalił, tylko jego klacz „baśka”.
- Jakto?
- Ano, służący kapitana polubił „baśkę” ogromnie, znosił jej różne smakołyki, a przedewszystkiem cukier, który bardzo lubiła. Baśka miała swoje chimery, które on zawsze cukrem łagodził. Nie ruszyła więc wtedy z miejsca w nocy, bo cukru nie dostała. Kapitan walił „baśkę” szpicrutą, kłuł ostrogami, a ona zadarła łeb i kręciła się w kółko, grzmocąc kopytami.
- Przeklęte bydlę – wrzeszczał kapitan, pieniąc się z gniewu, a pot kroplisty spływał mu z czoła.
Kompania widząc to, wybuchnęła śmiechem, co kapitana do ostateczności doprowadziło.
Zsiadł, skoczył jak pantera przed front i nasrożywszy się krzyknął:
- I z czego się wy śmiejecie?
Kompania zamarła ze strachu. Stała jak posągi przed kościołem św. Piotra.
W krytycznej chwili nadbiegł służący kapitana – w lot pojął groźną sytuacyę – podsunął się bokiem ku „baśce”, wpakował jej do pyska garść cukru szybko, jak ładunek do armaty o poprowadził ją przed front.
- A ty gdzie łazisz? – ryknął kapitan na służącego.
- Panie kapitanie, melduję posłusznie, poszedłem stajnię zamknąć.
- No, patrz tylko, żebym ja ciebie nie zamknął.
Dosiadł „baśki” i zapytał:
- Dlaczego to bydlę nie chce dziś ruszyć z miejsca?
- Nie wiem, panie kapitanie, ale ona już pójdzie – odrzekł służący.
- Doppelreihen abfallen… rechts um! Kompagnie marsch! – zabrzmiał głos komendy i szeregi ruszyły w pochód.
Kapitan, jadąc na czele, przywołał służącego, chcąc się dowiedzieć, dlaczego „baśka” strajkowała.
- Nie wiem – odparł krótko, bojąc się widocznie „piorunów” kapitana.
„Duch święty” tymczasem niecierpliwił się, patrząc na zegarek. Kiedy zoczył nadciągającą kompanię, wspiął konia i ruszył kłusem naprzeciw.
- Naturalnie, dziesiąta kompania ma zawsze opóźnienie. panie kapitanie, tego dłużej nie ścierpię! Za karę odbędzie dziś kompania ćwiczenia w pełnym rynsztunku wojennym od godziny 2 – 6 po południu. Na wizytacyę sam przyjadę na Błonia.
Żołnierzy przejął dreszcz strachu na tę zapowiedź.
- Odwalone! – szeptał jeden do drugiego.
- Przeklęte bydlę ta „baśka”, damy jej papryki – urągali inni.
Po krótkich, koncentracyjnych obrotach – ruszyliśmy z miejsca. „Duch święty” na czele pułku.
Noc ciemna, wicher dął – zanosiło się na ulewny deszcz. Z bitego traktu zeszliśmy w jakieś piekielne dziury, tłukliśmy się i potrącali nawzajem, aż dotarliśmy polami na wzgórza Wieliczki. Pułk zatrzymał się na szerokiej polanie. Pułkownik Łyczkowski zgromadził koło siebie oficerów, przy lampkach elektrycznych wskazywał im na karcie domniemane pozycye „nieprzyjaciela”, pouczał ich o zadaniu pułku, objaśniał dokładnie cel ćwiczenia i sposoby wyparcia „nieprzyjaciela” z zajętych pozycyj. Następnie cicho, bez szmeru, odmaszerowały poszczególne bataliony na wyznaczone miejsca.
Nasz podoficer obsadził w sile trzydziestu ludzi zarośla wąwozu przed wsią. Przed zajęciem poszczególnych placówek pouczył nas, że nie wolno nikomu użyć broni palnej w razie zbliżania się „nieprzyjaciela”, dopóki on sam pierwszy nie wystrzeli.
- Po strzale prać co się zowie!
Znakomicie krytych ustawił nas kilku wzdłuż wąwozu, a resztę półkolem, w odstępach przed wąwozem, nakazując jak największą ostrożność i czujność.
Po upływie godziny usłyszeliśmy tupot i parskanie koni.
Nastawiło się „słuchy” i z zapartym oddechem czekaliśmy, co się też z ciemności wyłoni. Wkrótce przejechało tuż koło nas czterech dragonów – ale „nam strzelać nie kazano” – więc my ich też puścili. Za chwilę wracał jeden z nich w pełnym galopie – widocznie z meldunkiem.
Podoficer skoczył, chwycił konia za uzdę i osadził na miejscu.
Dragona wzięto w niewolę.
Ledwośmy się z dragonem uporali, który się szarpał i klął – wjechał do wąwozu cały szwadron. Człowiekowi zdawało się, że to prawdziwa wojna. Ręce się trzęsły, wzrok liczył wziętego w niewolę „nieprzyjaciela”.
Naraz huknął strzał, a w ślad za nim piekielny „Schnellfeuer” z naszych manlicherów.
Konie zaczęły się kręcić z przestrachu, zrzucały jeźdźców na widok ognia z nszych luf – powstał zgiełk i krzyk nie do opisania. Dowódca szwadronu krzyczał z całych sił: „Feuer einstellen!”
Ale Trzynastka – jakby się chciała zemścić za nocne ćwiczenie – biła w dragonów, jak w bęben. W końcu posłyszeliśmy świstawkę sygnałową naszego podoficera, żeby ognia zaprzestać.
- Panie rotmistrzu, melduję posłusznie, że cały szwadron odprowadzą moi ludzie, jako jeńców, do kwatery sztabu – oznajmił nasz podoficer rotmistrzowi.
- Ile ma podoficer ludzi – zapytał rotmistrz.
- Tego „nieprzyjacielowi” zdradzić nie wolno – odparł podoficer.
- Śmieszne – ja prowadzę cały szwadron na stopie wojennej.
- To niczego nie dowodzi, panie rotmistrzu – brzmiała odpowiedź podoficera – wprawdzie miał pan szwadron, ale z chwilą, kiedy mój oddział na odległość dwudziestu kroków dał około pięciuset strzałów, to pan rotmistrz nie ma już – choćby na stopie wojennej – ani jednego dragona.
Rotmistrzowi nie podobała się łapka, w jaką wpadł, począł krzyczeć na naszego podoficera i wymyślać, usiłując przy tem koniecznie wydobyć się ze sideł, któreśmy mu tak zręcznie nastawili.
Ale podoficer, „inteligent” i wyga krakowski, nie uląkł się groźby. Poczuł także w sobie „władzę”.
- Bajonett auf! – krzyknął tak gromko, że aż konie dragonów ze strachu podskoczyły, a w tem „duch święty” nadleciał.
- Co to za wrzawa? – zapytał i osadził konia na miejscu.
Po krótkim przesłuchaniu poklepał plutonowego po ramieniu i rzekł do rotmistrza:
- Pnie rotmistrzu, ten nie kończył akademii wojskowej, tylko naszą koszarową, ale nie radziłbym panu się spotkać z nim jako nieprzyjacielowi podczas wojny. Tacy nawet podczas ćwiczeń żartów nie znają. Cieszy mię bardzo, że nasza szkoła wydaje ludzi obrotnych i energicznych. Podczas wojny przyda się im to bardzo. Samodzielność na wojnie, przytomność umysłu i spryt, to nieocenione cnoty żołnierza. Nieraz przytomność umysłu jednego żołnierza lub dowódcy oddziału, ratuje całą sytuacyę.
I rozkazał zaprowadzić cały szwadron do niewoli.
Śmialiśmy się z kwaśnych min dragonów, którzy nie wielką mieli ochotę jechać za „duchem świętym”.
„Nieprzyjaciela” sprali nasi na całej linii, bośmy mu wywiadowczych dragonów wzięli do niewoli, no i plan naszego pułkownika wykonano z całą ścisłością. Bardzo był też zadowolony z wyniku ćwiczeń, przywołał kapitana i w dowód uznania brawury, karę „wyrukowania” zniósł. Służący kapitana dostał od nas, za opóźnienie się, parę kułaków i na tem się ta nocna wojna skończyła.
- No, toście cało wyszli.
- Nie zawsze tak bywało. Jak się dało, tośmy sytuacyę sprytem ratowali, ale nas nieraz „duch święty” porządnie do muru przycisnął. Gdy jeszcze byłem rekrutem, przyszedł raz do mnie feldwebel i szepnął mi na ucho, żebym wytrzasnął gdzie stare buty i zapisał się o podeszwy do raportu, bo potrzebuje dla żony. Jakże było dla feldwebla tego nie zrobić? Wytrzasnąłem stare buciska i dalej do raportu. Kapitan oglądał i kazał feldweblowi wydać mi parę podeszew.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie „duch święty”. Zapomniałem już zupełnie o tem, aż pewnego dnia przychodzi do mnie kapral od dnia i każe mi natychmiast stawić się w mieszkaniu pułkownika.
Zatrzęsły się łydki podemną, zadzwoniłem ze strachu zębami, bom z góry wiedział, że jak „duch święty” nawiedzi człowieka, to jasności boskiej wcześniej jak za trzy tygodnie nie ogląda, ale naciągam „szkopek” i walę.
Zapukałem do drzwi, a kiedy pułkownik Łyczkowski się odezwał, wszedłem.
- Infanterzysta narukował do kompanii 3. września? – zapytał, patrząc mi w oczy.
- Tak! panie pułkowniku.
- A więc jak to może być, żeby za miesiąc infanterzysta zniszczył podeszwy?
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć, tak mię strach przejął.
Pułkownik powstał z krzesła i zbliżył się do mnie.
Przedmioty znajdujące się w pokoju zaczęły ze mną tańczyć.
- No, mów synu! – odezwał się pułkownik.
- Panie pułkowniku, zdarły się –wyjąkałem.
- Ta.. a…k za miesiąc?
Milczenie…
Po chwili zaczął mi roztrząsać sumienie:
- Widzisz synu, twój ojciec pracuje ciężko; opłaca rządowi wysokie podatki, a ty zamiast szanować obuwie, niszczysz je lekkomyślnie, żeby twój ojciec i tysiące jemu podobnych zapracowywało się na takich niszczycieli grosza publicznego, jak ty!
Złowroga cisza… milczenie… Wreszcie rzekł:
- Co mogę to ci dam, dwadzieścia jeden dni einzla, żebyś się nauczył obuwie szanować i sądzę, że po tych wakacyach będziesz tak ostrożnie chodził w obuwiu skarbowem, jak kot po ścierniu.
- Rany! dwadzieścia jeden dni einzla! Niech feldwebla dyabli porwą razem z jego żoną i podeszwami – pomyślałem. – Ja za jej buty siedział nie będę i to jeszcze na Boże Narodzenie! Powiem prawdę…
- Panie pułkowniku – zacząłem się jąkać – powiem już prawdę…
- A widzisz synu… Dwadzieścia jeden dni, to dobry korkociąg do wydobycia prawdy. Mów!
- Panie pułkowniku, melduję posłusznie, feldwebel rozkazał mi wyszukać stare buty i zapisać się do raportu o podeszwy. Co się dalej stało, nie wiem.
- A więc tak… Po twoich oczach zresztą widziałem odrazu, żeś kłamał. Dlaczego? mów!
- Rekrutem jestem, co mi kazano, tom zrobił, nie myśląc się sprzeciwiać.
- Stań sobie tam za parawanem i ani drgnąć – brzmiał jego rozkaz.
Po chwili przyszedł feldwebel.
Pułkownik podsunął mu z szyderczym uśmiechem książkę ewidencyjną pod nos. Feldwebel nie zaglądał do książki, ani nie próbował się tłumaczyć, bo wiedział, że wobec przenikliwości pułkownika, byłby to próżny trud i pogorszenie sprawy. Zaczął błagać.
- Żona mi chora, bieda w domu… - mówił prawie ze łzami.
Pułkownik się zasępił, milczał dłuższy czas, aż w końcu rzekł:
- Jak bieda, to trzeba było do mnie przyjść, ale nie dawać złego przykładu żołnierzom. Żołnierz powinien być na wskroś rycerski i szanować cudzą własność, a cnoty te wyrobić może sobie tylko szczerością, otwartością i sumiennem spełnianiem obowiązku. Jeżeli żołnierz przywyknie w czasie pokoju do wszelkiego rodzaju nadużyć, to podczas wojny dla własnego kraju i obywateli stanie się nie obrońcą, lecz plagą, będzie plądrował i rabował. Chcę w was widzieć prawdziwych obrońców państwa, szlachetnych i uczciwych – i takich was mieć chcę… i muszę! Ponieważ nie chcę badać stosunków familijnych feldwebla, więc wyjątkowo uznaję podane mi usprawiedliwienie, jako przymus moralny. Ale biada, gdyby się to powtórzył. Abtreten!
Cieszyłem się, że feldwebel z tej matni wylazł cało. Ale pułkownik kazał jeszcze przywołać mojego kapitana. Chryste Panie! na nowo mię ze strachu zamroczyło.
Za chwilę wszedł kapitan elastycznym krokiem, zasunął obcasy, zadzwonił ostrogami i zameldował się pułkownikowi „na rozkaz”.
- Kapitanie, czyj to ten ładny podpis w księdze ewidencyjnej materyałów wojskowych? – zapytał. podsuwając księgę kapitanowi.
Kapitan się nachylił nad księgą i oświadczył krótko:
- Mój.
- Dobrze…
- Kapitan wie, dlaczego ten podpis tu figuruje i jaką daje dla pułku i wyższej władzy gwarancyę?
- Wiem, panie pułkowniku.
- Otóż, ślęcząc nad temi księgami, stwierdziłem, że pański podpis nie daje tej gwarancyi. Znalazłem nieformalności. Księga zawiera nadużycie materyału wojennego przez feldwebla. Stare przysłowie mówi, że tylko pańskie oko konia tuczy. Zdaje mi się, że się rozumiemy, panie kapitanie…
- Tak! – odparł kapitan.
- Bardzo dobrze, ale za moją pracę po nocach, za ślęczenie nad księgami musi ktoś zapłacić. Moje przekonanie szepce mi, że pan, panie kapitanie. Otóż zlikwidujemy to odpowiednią karą. Żegnam pana.
Powiadam ci, Felek, że po tych słowach zacząłem ze strachu za parawanem tak kłapać zębami, jak nasze chłopaki na Wielkanoc kołatkami. Pułkownik kazał mi wyleść z za parawanu, pogroził mi milcząc i odesłał do kompanii.
- Jakże było przy kompani? – zapytał ciekawy Felek.
- Jak było? Patrzeli na mnie jak pies na kota z jaki miesiąc, potem zapomnieli.
- A może co więcej wiesz o „duchu świętym”? Opowiedz-że!
- E, idź spać, już późno – odparł towarzysz. – Posłużysz trzy lata, to się i spotkasz oko w oko z „duchem świętym”. On ci się tam objawi gdzieś na wedecie, może nawet i w skórze niedźwiedziej.
- Co? on w skórze niedźwiedzia?
- A ino! przekonasz się kiedyś! Będziesz wyrywał z posterunku jak dziki, a potem pół roku „garnizonu”!
- Bracie! nie jego doczekanie – odparł z dumą Felek. – Małom się to nasmykał nocami po różnych zaułkach, a niedźwiedziam nie widział w okolicy Krakowa, chyba w menażeryi.
- No. prędzej go zobaczysz, niż się spodziewasz – i z temi słowami pożegnał Felka.
Felek wlazł do swego „zugu”, rozebrał łóżko, położył się, lecz nie mógł zasnąć. Przeróżne fantastyczne obrazy snuły się mu po głowie, a z wszystkich kolejno i uporczywie wracał „duch święty” w skórze niedźwiedziej.

* * *
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Cz mar 06, 2014 13:19

Za kilka dni chodził Felek miarowym krokiem na warcie wewnątrz arsenału, wzdłuż muru cmentarnego. Zegary wydzwaniały kolejno dwunastą – godzinę duchów… Felek obzierał się na wszystkie strony, co krok przystawał i nadsłuchiwał… Złowroga cisza… tylko świerki cmentarne, stróże grobów, zaszumiały, jakby szeptem modlitwy za umarłych…
Felka przeszły ciarki… Jakiś dziwny, nieznany lęk opanował żołnierza. Zadygotał ze strachu..
Dla dodania sobie animuszu rozpoczął głośny monolog:
- Także nie mieli tego arsenału gdzie wybudować, jak na cmentarzu. Człowiek musi podwójną służbę wyczyniać, bo nie wie, czego ma pilnować, arsenału, czy duchów… A tu godzina jeszcze do zmiany warty! Żeby ta człowiek choć głąbikowej w kratkę był przedtem pociągnął, toby się nie oglądał jak ścigany zwierz i nie podsłuchiwał, czy go co z tyłu za bary nie bierze, ale tak na czczo duchów pilnować… tfu!... psi interes. A i pies, jak ducha zobaczy, to się mu sierść jeży i w nogi… a człowiek nie śmie uciec… „Duch święty” w strachy nie wierzy… Jak człowiek przed duchem zwieje… pół roku garnizonu.
Poprawił „daszek” na prawe ucho, kroczył wzdłuż muru cicho jak kot, a cięgiem zerkał, czy też jaki umrzyk nie wylezie na mur i nie skoczy mu na kark…
Naraz stanął jak wryty… Zdawało się mu, że słyszy pośród szmeru świerków jakieś kroki… słyszy, że ktoś się cicho drapie z cmentarza na mur…
Felek wyłupił oczy jak żbik, gotujący się do skoku, włosy mu dębem stanęły na głowie… Mimo zawadyackiej natury, zamarł na chwilę z przerażenia, bo oto w tem miejscu, gdzie stał z karabinem gotowym do strzału – wyłoniła się z za muru głowa niedźwiedzia, świecąc ślepiami jak fosfor…
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Zapomniał ze strachu o opowiadaniach towarzysza… tak blizko i tak nagle go ten upiór zaskoczył…
Kiedy pierwsza chwila trwogi minęła – krzyknął Felek z całej siły:
- Halt! wer da?
Cisza, ciemno… tylko te złowrogie ślepia świecą na murze…
- Wer da? – krzyknął drugi raz felek.
Cisza…
… A może ten dyabeł polski?.. po niemiecku nie rozumie – kombinował… - A no, spróbuję z nim po naszemu…
- I gdzieżeś wylazł chorobo? Chcesz, żeby ci jaki szrapnel wpadł z kopytami do żołądka? Wydzieraj z muru, bo ci w łeb strzelę jak psu!
- A ja, twój pułkownik, mówię ci, synu, że dzielny z ciebie żołnierz – odezwała się postać straszliwa.
- Idźże do cholery, pókim dobry. Myślisz, żem frajer? Niby to pułkownik łazi w nocy po murach cmentarnych! Jakeś odwalił w czyśćcu i masz pokutę, to mygaj tam… do pola i napastuj starą wierzbę, a nie biednego żołnierza w służbie… na posterunku… A będziesz to potem siedział w kryminale za mnie, utrapieńcze jakiś? Zresztą, skoro markirujesz pułkownika, to powiedz feldruf.
- „Granat” – odezwał się niedźwiedź.
Felkowi zadrżał karabin w ręce…
- Kiż dyabli… czym pijany… czy śnię…
Ale krzyknął gromko: „Vorwärts!”
Niedźwiedź zrozumiał komendę. Wydrapał się na mur, wskoczył do ogrodu arsenałowego i zbliżał się do Felka…
- Halt! – krzyknął Felek.
Niedźwiedź stanął…
- Losung!
- Kraków – odpowiedział niedźwiedź.
… Wszystko wie choroba… A może grzebał w papierach korpusu… ale wszystko jedno… żgnę bagnetem i kwita… przecież nie z powietrza jest, skoro gada…
Po krótkim namyśle, kierując bagnet na niedźwiedzia, zawołał:
- Passiert!
Niedźwiedź zrzucił skórę – i oczom Felka ukazał się… pułkownik Łyczkowski…
Z ust, które drżały co dopiero ze strachu, uleciał okrzyk zdziwienia: „Duch święty”…
- „Schultern”! – rozkazał wtedy pułkownik.
Felek zamknął bezpiecznik i wziął broń na ramię.
- Dobrze synu! bardzo dobrze!... dzielny z ciebie żołnierz. Takim powinien być każdy! Najjaśniejszy Pan może spać spokojnie, mając takich żołnierzy.
To mówiąc, poklepał Felka po ramieniu, uśmiechnął się do niego i odszedł w kierunku izby dla straży.
Za chwilę przeszył powietrze ostry głos:
- „Halt!”
To kapral, prowadząc zmianę warty, zatrzymał pułkownika, dziwiąc się niezmiernie, którędy „duch święty” dostał się do wnętrza arsenału, kiedy przez bramę nie wchodził.
Na trzeci dzień kompania czekała na korytarzu, przed swoją ubikacyą, na raport.
- „Habt Acht!”
- „Rapport… rechts schaut!” – zakomenderował gromko porucznik.
Kiedy żołnierze skierowali głowy na prawo, zobaczyli pułkownika i komendanta kompanii.
Felek wyprężył się jak struna.
Pułkownik kroczył z kapitanem wzdłuż frontu. Zatrzymał się przed Felkiem, zmierzył go od stóp do głów i zwróciwszy się do kapitana – podając mu równocześnie rozkaz pułku – rzekł:
- Zuch!
Następnie zbliżył się do Felka i wcisnął mu w dłoń jakiś banknot, mówiąc:
- To masz na gwiazdki – i odszedł.
- „Rapport… abtreten!”
Żołnierze, jakby szrapnel eksplodował, rozlecieli się po korytarzu.
W „zugu” zbiegli się do Felka, otoczyli go kołem i nuż ciekawie pytać, jak to było i jakim grajcarem go „duch święty” natchnął.
Felek jakby śnił Nie odpowiadał, trzymając ciągle zaciśniętą dłoń.
Koledzy otwarli mu ją przemocą.
- Dziesięć guldenów! – krzyczeli, kręcąc się w kółko z banknotem.
Banknot „stopiono” zaraz, Felek nie cieszył się długo jego całością. Porwali go koledzy oszołomionemu Felkowi i biorąc po cztery schody naraz, pobiegli do kantyny, niosąc za chwilę gwiazdki, rękawiczki, a w zanadrzu… butelczynę „kwaśnej z mocną”.
Za kwadrans paradował już Felek jako nowo upieczony kapral.
Przybiegli do Felka podoficerowie z feldweblem na czele, oblali gwiazdki jeszcze jedną butelką, porwali go w swoje żylaste łapy, podnieśli w górę:
- Niech żyje pogromca niedźwiedzi!
A ze stu gardzieli wydarł się, jak z jednej piersi okrzyk:
- Hurra! niech żyje pułkownik Łyczkowski.
Krzyczała na cześć pułkownika wiara, która kochała go i bała się zarazem jak ognia. Dziwna zaiste była to mieszanina uczuć. Krakowskie Dzieci, choć nie mogły, mając poniekąd lekką i łobuzerską naturę, wyczuć odmiennej zgoła natury pułkownika – co to kochał jak ojciec, a karał surowo, przywiązały się do niego jak do jakiejś wszechwiedzącej, nad wyraz sprawiedliwej, ale i potężnej nad wyraz istoty… Jednaki uśmiech był u niego na ustach, kiedy nagradzał i kiedy karał. W jedno wierzyły wszakże Dzieci Krakowskie, że, służąc pod Łyczkowskim, trzeba sumiennie spełniać obowiązek i kroczyć prostą drogą – inaczej lepiej „ewakuować” choćby do piekła.
I wychował też pułkownik Łyczkowski swą żelazną dłonią, niestrudzoną pracą, dobrocią i srogością pułk, jakich mało. Uczył go praktyczności na drogę dalszego życia, krzewił w nim rycerskość i prawdziwe cnoty żołnierza. W tych szarych, bitnych, kochających swą ziemię i Kraków szeregach przewidywał przyszłych bohaterów i obrońców ojczyzny, upatrywał odrodzenie. Do elegantów zaś i próżniaków czuł niczem nieprzejednany wstręt i jakąś nieprzebłaganą urazę.

Gdy nadszedł czas emerytury i opuszczał pułk, żołnierze żegnali go ze łzami.
Pułkownik Łyczkowski ustąpił ze swego stanowiska, ale jego czyny przechodzą z ust do ust – legendarnie żyć będą w pułku Krakowskich Dzieci.


* * *
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Śr mar 19, 2014 10:42

Po pułkowniku Łyczkowskim zmieniali się pułkownicy, aż w końcu objęli komendę: Krasser, Damaška i Hauser.
Kiedy na czele naszych krakowskich zuchów stanął popularny, niezmiernie ludzki, godny i z naszem społeczeństwem nawskróś zżyty pułkownik Damaška, zapanowała w szeregach niekłamana radość.
Bez przesady można powiedzieć, że co żołnierz w 13-tym p. p. znaczy, to się najlepiej można przekonać po traktowaniu go przez niektórych przełożonych, którzy umieli doskonale osobiste zdolności, chęć, zapał i spryt żołnierzy wykorzystać. Traktowanie nie słodkie, salonowe, ale ludzkie, pełne wyrozumiałości i pobudzające do heroicznych czynów, wysunęło ten pułk na czoło naszej armii.
Wszyscy przełożeni mogli z łatwością na czele tego inteligentnego materyału ludzkiego odnosić orężne sukcesy, bo każdy rozkaz, zanim go ogłoszono, już był niemal zawsze do połowy spełniony. Nieraz zaś nie można było tych żołnierzy utrzymać w ryzach dyscypliny, tak ogniście rwali się naprzód!
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Na wyżynie znakomitego wyszkolenia militarnego zastała pułk Krakowskich Dzieci wojna światowa. I nie dziw, że nasi dzielni chłopcy zapisali się nieśmiertelnymi głoskami w jej historyi.
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Śr mar 19, 2014 11:28

WYPOWIEDZENIE WOJNY.
Dzień 27. lipca 1914 r. jest nie tylko historyczną datą wybuchu wojny europejskiej, ale dla Polski dniem, w którym chęć odwetu za długoletnią niewolę, za okrucieństwa, katorgi, szubienice, wybuchła, jak piorun, jak groźna błyskawica z piersi polskiej.
Przez cały dzień, od wczesnego ranka, ludność Krakowa niezwykle była podniecona. po ulicach snuły się tłumy ludzi, prowadzących ożywione rozmowy. Naraz, między godziną piątą a szóstą wieczorem, entuzyazm ogarnął tysiące mieszkańców.
Wojna!... wojna!...
Publiczność unosi oficerów z ulicy, wypełnia w lot wszystkie restauracye i kawiarnie, a okrzykom: Niech żyje armia! Na Moskala! niema końca.
W kawiarni teatralnej siedział pewien „demokrata” przy czarnej kawie i nie mało się zdziwił istnym runem publiczności na kawiarnię.
Okrzyk: Wojna! wojna! Będziemy prali Moskali! Dawać cara! – wyjaśnił mu wszystko.
Zdziwiony patrzył na te wzburzone, jak fala morska, tłumy, których kawiarnia pomieścić nie mogła, gdy naraz przystąpiło do niego kilku ludzi i tytułując go posłem, prosiło o mowę do oficerów po niemiecku, zw względu, że oficerowie byli napływowi i nie rozumieli języka polskiego.
- Nie jestem posłem – odparł spokojnie.
- to nic! dla nas pan jest posłem! – i w oka mgnieniu porwali go na ręce, postawili na stole i otoczywszy go kołem, natarczywie domagali się przemówienia.
- Proszę przemówić! – wołały coraz namiętniejsze głosy tłumu.
Nie było rady… vis major… „demokrata” zaczął przemawiać. Mówił dobrą niemczyzną, słuchano go uważnie.
- Dziś wybuchła długo oczekiwana wojna, która ciążyła całej Europie, a najwięcej nam Polakom! Znane były pokojowe tendencye Najjaśniejszego Monarchy, naszego państwa, ale kiedy nam wojnę gwałtem narzucono, to odpowiedzialność i kara spadnie na jej inicyatorów. my zaś musimy zwyciężyć i nie dopuścić, aby Europa z dorobkiem prastarej, zachodniej kultury – stała się kozacką …
- Brawo!... brawo!... musimy zwyciężyć!... – aż mury się trzęsły i szkło dzwoniło na bufecie.
Oficerowie dobyli szabel i dopełnili wrzawy.
kiedy tłum umilkł, mowca rzecz swoją prowadził dalej:
- My, Polacy, za czasów naszej państwowości, przez całe wieki broniliśmy zachodu Europy przed barbarzyńskim, azyatyckim zalewem. Kiedyśmy w wolnych chwilach orali nasz zagon, to szabla polska w nim tkwiła. I mając taki mur z piersi polskich przed sobą, mogły ludy zachodniej Europy spokojnie żyć i rozwijać swą kulturę. W piersi polskiej niema dziś innego głosu, tylko ten jeden potężny, donośny jak dzwon Zygmunta: Do broni! na wspólnego, odwiecznego wroga!... na tyranów i katów rosyjskich.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- Hurra! hurra! na Moskali! – krzyczał tłum w kawiarni i na ulicy.
Na drugi dzień niebywały ruch w Krakowie. Automobile, dorożki, wozy, nieprzeliczone tłumy żołnierzy.
Dzieci Krakowskie zacierają ręce – ostrzą bagnety, pośpiewują, jak w kuźni Bartosza, piosenkę:
„Hej! gotuj broń! – kule bij głęboko
O ojców grób – bagnetów poostrz stal.”
Gotują się na daleką drogę – na bój straszny i krwawy z caratem.
Ten i ów wybiega jeszcze do miasta na pożegnanie, ażeby uścisnąć życzliwą dłoń znajomych, przyjaciół, pożegnać się z rodziną, może ostatni raz ucałować drżące usta narzeczonej.
Wracają w kwiaty przybrani, a ci, którym dobra ręka i kochające serce nie mogły podać kwiecia, biorą je z plantacyi, unoszą ze sobą ten kolorowy, złoty skarb naszej ziemi, jakby chcieli, żeby ich krew serdeczna, która wkrótce miała popłynąć szeroką strugą i znaczyć ich bohaterski pochód, wsiąkła w te kwiaty kochanego nad wyraz miasta, żeby konając za ojczyznę, przyśnił się im w tych kwiatach ostatni raz… Kraków…


* * *

Zbliża się godzina wymarszu. Pułk sformował się na dziedzińcu koszar i za chwilę, „bajecznie kolorowy” od kwiatów, uroczyście kroczył w pochodzie na dworzec kolejowy.
Przezacny pułkownik Łyczkowski, już wiekiem pochylony, przechodząc ulicą Batorego stanął jak wryty na chodniku. Nie mógł oderwać oczu od tych zuchów – co bez niego szli na wojnę. Szybko objął okiem pułkownika, oficerów, żołnierzy, pokiwał głową – i zdawało się, że lada chwila wydrze się z niemych ust krzyk żalu… W oczach zaświeciła łza smutku i niepewności o los tych zuchów.
Obejrzał się jeszcze raz… a potem powlókł się ciężkim krokiem w zacisze domowe. Upadł ciężko na fotel – dumał – aż w końcu sen skleił znużone powieki.
Śnił widocznie o swych zuchach… Radość, zachwyt, rozlały się na twarzy… może ich widział jak biją Moskali… idą jak burza na Kraśnik… walą kolbami po łbach rosyjskich.
Naraz zachmurzyło się czoło starego, żelaznego żołnierza, zaczął we śnie tupać nogami i wołać:
- Nie tak!... nie tak!... rowy, artylerya z flanki…
Ucichła w końcu senna komenda… tylko usta szeptały monotonnie słowa, krzywiąc się bólem i żalem:
- Czemuś mi Boże nie użyczył sił, żeby ich poprowadzić?

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Kiedy pułk zbliżył się do dworca, nie pomogła policya, kordony bezpieczeństwa – tłum przerwał siłą wszystkie ogniwa kordonów i zakazu, wypełnił szczelnie dworzec, żegnając okrzykami swych ulubieńców, swe dzieci… serce Krakowa.
Pociąg zasypano kwiatami.
Na sygnał odjazdu muzyka wojskowa zagrała hymn: „Jeszcze Polska nie zginęła!” I z tą pieśnią na ustach odjechały Dzieci Krakowskie – żeby ją swem męstwem przeistoczyć w czyn…
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Cz mar 20, 2014 11:03

1.JPG


2.JPG


3.JPG


4.JPG


5.JPG


6.JPG


7.JPG


8.JPG


9.JPG


10.JPG


11.JPG


12.JPG
Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Re: Emil Kwaśny - "KRAKOWSKIE DZIECI" NA POLU CHWAŁY

Postprzez Wojtek » Cz mar 20, 2014 11:33

CHRZEST OGNIOWY TRZYNASTAKÓW POD KRAŚNIKIEM.

Korpus krakowski, który prowadził generał K. Wiktor Dankl na czele pułków 13, 56, 20, 93, 57, 100, 1, 16, 31, i t. d., uderzył na Moskali pod Kraśnikiem.
Jest to najświetniejszy, bezprzykładny atak tego korpusu, wykonany pod każdym względem na bardzo niekorzystnym terenie piachów, bagien i trzęsawisk na znakomite stanowiska Moskali, okopanych w rowach po szyję i posiadających artyleryę dalekonośną w stosunku 15:1, która miała wszystkie punkty odległości – jak u nas na strzelnicy w Nowym Targu – doskonale notowane.
Nasi chłopcy szli wśród gradu kul, jak na ćwiczenia z manlicherkami – na cztery i pół korpusy rosyjskie. Jak gęsty był grad kul wszelkiego kalibru i rodzaju po stronie rosyjskiej, niechaj poświadczy następujący fakt:
Kapitan obrony krajowej, ś. p. Cibulka, znajdował się ze swoją kompanią w rezerwie, w lesie. Przed kompanią, o sto kroków naprzód, umieszczony był oddział naszych karabinów maszynowych.
Dowódca oddziału dawał kapitanowi jakieś rozpaczliwe znaki. Kapitan sądząc, że wzywa pomocy, posłał mu trzydziestu ludzi z kompanii. Nim przebiegli przestrzeń stu kroków – w oczach całej kompanii padło ich siedemnastu.
Nie jest mojem zadaniem badać fachowo przebieg tej słynnej bitwy – bo opis jej znajdzie się na kartach historyi i należycie uwieczni pamięć bohaterów, ale to wszyscy przyznać muszą, że korpus krakowski swem nieustraszonem męstwem pokrył te braki i kolbami gnał Moskali, mimo czterokrotnej przewagi, aż pod Lublin – do betonów. Nie dano mu ze względów technicznych i strategicznych wyzyskać zwycięstwa, nakazano mimo świetnego zwycięstwa – odwrót, choć Moskale zabierali się już do dalszego odwrotu. Moskale następowali wtedy bohaterskiemu korpusowi na pięty, prąc równocześnie na całej linii, swą ogromną przewagą piechoty i artylerii, nasz front i wkrótce oprócz Księstwa Krakowskiego i Oświęcimsko-Zatorskiego, zalali swą masą niemal całą Galicyę.
Korpus krakowski otrzymał w tych pierwszych bitwach niesłychanie krwawy chrzest ogniowy i nieśmiertelną sławę.
Kiedy pociąg przywiózł pierwszych trzystu jeńców rosyjskich do Krakowa, kapitan rosyjski wypytywany, o szczegóły walki pod Kraśnikiem, rzekł ze zdumieniem:
- Coście wy za ludzie? Myśmy wszystkie wasze zamiary wiedzieli i obliczyliśmy przeciwakcyę z całą dokładnością, ale przeliczyliśmy się z waszem przerażającem męstwem i pogardą śmierci. Świat nie słyszał, żeby w otwartem polu jeden korpus takim strasznym impetem i bez wytchnienia, gnał nasze doborowe cztery i pół korpusy – jak zające.
W istocie, gnał – ale też tą przestrzeń zlał obficie swą krwią. Tysiączne mogiły polskie świadczą dziś o tem szalonem męstwie – a nad niemi krzyże jakby w modlitwie ku niebu wyciągają ręce: Za wolność! za Ojczyznę!...
Za wolność, za Ojczyznę, brały na siebie pojedyncze bataliony trzynastaków nieraz dwa pułki rosyjskie. Jeden bohater na dziesięciu Moskali!
Śmierć żołnierska jest święta, i wszelki nakaz nienawiści maże,
Czy bratem był, czy też wrogiem, niech nikt nie pamięta,
Jednaką cześć i miłość winniśmy im w darze.

Dušan Jurkovič
Avatar użytkownika
Wojtek
 
Posty: 903
Dołączył(a): N gru 23, 2012 10:11
Lokalizacja: Twierdza Kraków

Postprzez » Cz mar 20, 2014 11:33

 


Powrót do Archiwum

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron